Śląsk Wrocław ma do rozegrania jeszcze jeden mecz w tym sezonie, ale jako że awans ma już zagwarantowany, zaczyna kompletować kadrę na ekstraklasę. Niektórym zawodnikom umowy przedłużyły się automatycznie.
Śląsk Wrocław zostanie z niechcianymi piłkarzami?
Awans do PKO Ekstraklasy – po zaledwie jednym sezonie na jej zapleczu – był hucznie świętowany w ostatnich dniach w stolicy Dolnego Śląska. Powody do zadowolenia mają także piłkarze, którzy – mówiąc delikatnie – są przez klub niechciani. To przede wszystkim zesłany do rezerw już zimą Miłosz Kozak i niegrający Damian Warchoł, ale też Austriak Marko Dijaković. Wszystkim z racji awansu przedłużyły się kontrakty, o czym pisał portal slasknet.com.
Kozak trafił do Śląska Wrocław w sierpniu 2025 roku. Co ciekawe, był wyborem samego trenera Ante Šimundžy, bo pion sportowy zaproponował mu także dwóch innych skrzydłowych. Słoweniec chciał jednak Kozaka m.in. przez wzgląd na jego “krnąbrny” charakter. Pokutowało przekonanie, że szatnia WKS-u jest pozbawiona mocnych osobowości i chodziło o to, by jakoś pobudzić ją od środka.
Słoweniec dość szybko się przekonał, że Kozak nie pomoże mu ani sportowo (1 gol i 1 asysta w 15 meczach), ani charakterologicznie, bo trudno mieć realny wpływ na szatnię, grając tak, a nie inaczej.
Skończyło się zesłaniem do rezerw i koniecznością płacenia wysokiej pensji, bo piłkarz nie był zainteresowany polubownym rozwiązaniem umowy (innym niż koniecznością wypłacenia mu niemal wszystkich pensji do końca sezonu). Dominuje przekonanie, że Kozak zarabia w Śląsku 40 tys. zł. Wedle naszych informacji mniej, bo około 32 tys. zł, choć to oczywiście wciąż absurdalnie dużo.

Co gorsza, umowa Kozaka jest tak skonstruowana, że po awansie do ekstraklasy – który stał się faktem po meczu z Polonią Bytom – ulega automatycznemu przedłużeniu o kolejny rok i gwarantuje mu solidną podwyżkę. Krążąca w mediach suma 60 tys. zł znów jest zawyżona, ale wciąż: niepotrzebny piłkarz po awansie, do którego za mocno się nie przyczynił, dostaje podwyżkę i będzie inkasował kilkadziesiąt tys. zł. To zdecydowanie największa wtopa poprzednich władz klubu z dyr. Dariuszem Sztylką na czele.
Co dalej z Warchołem i Dijakoviciem?
O ile można – i należy – wytykać podpisanie kontraktu na takich zasadach z Kozakiem, o tyle w pozostałych dwóch przypadkach nikt się na takie rozwiązania nie obrażał. Damian Warchoł przychodził jako potencjalny nr 1 w ataku, lecz późniejszy transfer Przemysława Banaszaka zmienił hierarchię.
Niemniej Warchoł, choć przede wszystkim był wchodzącym z ławki Jokerem, strzelił 7 bramek w 20 występach i zimą wszyscy – włącznie z kibicami – namawali go na pozostanie w klubie, mimo iż miał oferty, m.in. z Odry Opole. Chciał odejść, żeby grać, ale nie pozwolono mu.
Na wiosnę wyszedł w pierwszym składzie wraz z Banaszakiem (mecz z Ruchem w Chorzowie), ale wypadł na tyle słabo, że później jeszcze tylko raz wszedł na boisko z ławki i przepadł. Tajemnicą Poliszynela jest, że podpadł trenerowi swoim niezadowoleniem i wynikającym z tego podejściem do treningów, przez co praktycznie zniknął z kadry meczowej.
Warchoł stał się trzecim napastnikiem po tym, jak Śląsk wypożyczył Timoteja Jambora, mimo iż ten ostatni nie dał drużynie nawet połowy tego, co Warchoł (strzelił dwa gole w jednym meczu – z Odrą Opole). Jambor jest jednak tylko wypożyczony z Rapidu Bukareszt i po sezonie najpewniej wróci do Rumunii.
Dijaković po bardzo słabym początku sezonu także przestał grać. Wiosną pojawiał się na murawie z ławki lub wtedy, gdy ktoś z podstawowej trójki stoperów (Lamine Ba, Jehor Matsenko, Mariusz Malec) nie mógł grać. Co ciekawe wówczas wyglądał znacznie lepiej, więc jego ew. pozostanie, nie jest takim problemem, jak przedłużenie umowy z Kozakiem.
Krzysztof Kurowski nie narzeka na brak ofert
Największą stratą może być odejście Krzysztofa Kurowskiego. Wychowanek Śląska i jeden z bohaterów ostatnich tygodni nie kwapi się do pozostania w klubie. Wprawdzie zaczął grać regularnie i wyrasta na jednego z liderów, ale długo był zwodzony, a w pewnym momencie negocjacji mocno zraził się do osoby dyr. Rafała Grodzickiego.
Ten ostatni miał “grozić” młodemu piłkarzowi zesłaniem do rezerw i nie wywiązywać się z obietnic, takich jak wpłynięcie na to, by zaczął grać na swojej nominalnej pozycji, tzn. lewej obronie lub lewym wahadle. Stało się to dopiero w momencie, gdy kontuzji nabawił się Marc Llinares.
Kością niezgody są też zarobki. Kurowski chciał zarabiać około 22 tys. zł – co patrząc na pensje kolegów z zespołu, nie wydaje się zbyt wygórowaną kwotą – ale dla Śląska to miało być za dużo. To także negatywnie wpłynęło na ogólną ocenę negocjacji przez młodzieżowego reprezentanta Polski. Miał pełne prawo poczuć się zwyczajnie niedocenionym, a wręcz szantażowanym.
Sam piłkarz ma zadawać sobie sprawę, że dla jego rozwoju najlepsze byłoby zostanie w Polsce, umocnienie swojej pozycji i dobry sezon na poziomie PKO Ekstraklasy, ale sęk w tym, że nie musi to być Wrocław. Kurowskiego widziałby u siebie Wisła Płock, gotowa dać mu dwukrotnie większe apanaże, a w grze są także inne kluby, w tym zagraniczne. Śląsk tracąc swego wychowanka tego lata, dostanie za niego tylko ekwiwalent za wyszkolenie, bo kontrakt “Kury” wygasa 30 czerwca.
Kurowski ma jeden z największych potencjałów sprzedażowych, patrząc na dzisiejszą kadrę WKS-u. Śląsk nie może sobie pozwolić, by tacy zawodnicy uciekali za darmo, lecz przekonanie go do pozostania w klubie w tych okolicznościach może być naprawdę trudne.
Miasto rozważa kolejne roszady
W Śląsku Wrocław nie może być za spokojnie. Zimną nagle – z dnia na dzień – zapadła decyzja o zwolnieniu prezesa, dyrektora sportowego i dyrektora akademii. Pojawia się coraz więcej przecieków, sugerujących, że w najbliższych tygodniach lub miesiącach (ale jeszcze w tym roku) ta sytuacja może się powtórzyć.
Ten ostatni miał “grozić” młodemu piłkarzowi zesłaniem do rezerw i nie wywiązywać się z obietnic, takich jak wpłynięcie na to, by zaczął grać na swojej nominalnej pozycji, tzn. lewej obronie lub lewym wahadle. Stało się to dopiero w momencie, gdy kontuzji nabawił się Marc Llinares.
Kością niezgody są też zarobki. Kurowski chciał zarabiać około 22 tys. zł – co patrząc na pensje kolegów z zespołu, nie wydaje się zbyt wygórowaną kwotą – ale dla Śląska to miało być za dużo. To także negatywnie wpłynęło na ogólną ocenę negocjacji przez młodzieżowego reprezentanta Polski. Miał pełne prawo poczuć się zwyczajnie niedocenionym, a wręcz szantażowanym.
Sam piłkarz ma zadawać sobie sprawę, że dla jego rozwoju najlepsze byłoby zostanie w Polsce, umocnienie swojej pozycji i dobry sezon na poziomie PKO Ekstraklasy, ale sęk w tym, że nie musi to być Wrocław. Kurowskiego widziałby u siebie Wisła Płock, gotowa dać mu dwukrotnie większe apanaże, a w grze są także inne kluby, w tym zagraniczne. Śląsk tracąc swego wychowanka tego lata, dostanie za niego tylko ekwiwalent za wyszkolenie, bo kontrakt “Kury” wygasa 30 czerwca.
Kurowski ma jeden z największych potencjałów sprzedażowych, patrząc na dzisiejszą kadrę WKS-u. Śląsk nie może sobie pozwolić, by tacy zawodnicy uciekali za darmo, lecz przekonanie go do pozostania w klubie w tych okolicznościach może być naprawdę trudne.
Miasto rozważa kolejne roszady
W Śląsku Wrocław nie może być za spokojnie. Zimną nagle – z dnia na dzień – zapadła decyzja o zwolnieniu prezesa, dyrektora sportowego i dyrektora akademii. Pojawia się coraz więcej przecieków, sugerujących, że w najbliższych tygodniach lub miesiącach (ale jeszcze w tym roku) ta sytuacja może się powtórzyć.
Ryba zawsze psuje się od głowy i w tym przypadku nie będzie inaczej: odwołanie wiceprezydent Renaty Granowskiej, odpowiadającej dotąd za sport w mieście, może rozpocząć domino zmian. Prędzej czy później ma ono doprowadzić do odwołania Remigiusza Jezierskiego, a w dalszej kolejności jego obecnych współpracowników.
Na ten moment nikt nie chce powiedzieć, kiedy i czy na pewno to się stanie, aczkolwiek zbyt wiele źródeł potwierdza, że jest coś na rzeczy. Mocno powiązane z Platformą Obywatelską nowe władze mają prędzej czy później zaprowadzić własne porządki. Dobre notowania ma mieć powołany pod koniec marca wiceprezes Leszek Jakubów, ale nie jest powiedziane, że to on wejdzie w buty prezesa Jezierskiego.
Leave a Reply